przekladaniec: (Default)
[personal profile] przekladaniec
Autor: P. G. WODEHOUSE
Tytuł: RACJA, JEEVES
Tłumaczenie: [personal profile] przekladaniec

* * *

1922
Dedykowane Raymondowi Needham, K. C.


-1-


- Jeeves, - odezwałem się, - czy mogę mówić szczerze?

- Oczywiście, sir.

- To, co mam do powiedzenia może cię zranić.

- Bynajmniej, sir.

- No cóż, w takim razie...

Nie, nie, zaczekajcie. Zboczyłem z kursu.


Nie wiem, czy wy również tego doświadczacie, ale ja zawsze mam ten sam kłopot, opowiadając jakąś historię. Za każdym razem pojawia się ten diabelnie trudny problem: od czego zacząć. Nie jest to coś, co chciałoby się zrobić źle bo jeden fałszywy krok i idzie się na dno. Jeśli za dużo rozpisujecie się na początku, próbując, jak to się mówi, stworzyć odpowiednią atmosferę i tym podobne, nie uda wam się złapać czytelnika w garść i klient odchodzi.

Z drugiej strony jeśli wyskoczycie ni z tego ni z owego, jak Filip z konopii, to publika nie wie co się dzieje, tylko unosi brwi i nie ma pojęcia o czym mówicie.

Tak więc rozpoczynając swoje sprawozdanie z niniejszej - niezwykle złożonej - sprawy, w której brali udział Gucio Fink-Nottle, Madelina Bassett, moja kuzynka Angela, ciotka Dalia, wuj Tomasz, młody Tuppy Glossop oraz kucharz Anatol od takiej rozmowy jak ta wyżej, widzę, że popełniłem tą drugą gafę.

Będę musiał trochę zawrócić. Biorąc więc pod uwagę to i tamto i zważywszy na te możliwości a nie na tamte, przypuszczam, że całą sprawę zapoczątkowała - jeżeli zapoczątkowała jest słowem, o które mi chodzi - moja wizyta w Cannes. Jeśli nie pojechałbym do Cannes, nie spotkałbym Bassettów ani nie kupił tej białej marynarki, Angela nie spotkałaby się oko w oko z rekinem, a ciotka Dalia nie zagrałaby w bakarata.

Tak, Cannes było zdecydowanie point d'appui.

Skoro to już wyjaśniliśmy, pozwólcie mi uporządkować fakty.

Do Cannes wybrałem się - zostawiwszy Jeevesa, który dał mi do zrozumienia, że chciałby być obecny w tym czasie w Ascot - gdzieś na początku czerwca. Towarzyszyły mi moja ciotka Dalia i jej córka Angela. Tuppy Glossop, narzeczony Angeli, również miał stanowić część anturażu, ale w ostatniej chwili coś go zatrzymało. Wuj Tom, mąż ciotki Dalii, został w domu bo żadną miarą nie może ścierpieć południa Francji.

Obrazek wyglądał więc następująco: ciotka Dalia, kuzynka Angela i ja, w podróży do Cannes na początku czerwca.

Wszystko na razie jasne, co?

Zatrzymaliśmy się w Cannes na jakieś dwa miesiące i poza tym, że ciotka Dalia przegrała wszystko w bakarata, a Angela podczas jazdy na nartach wodnych niemalże została połknięta przez rekina, wszyscy bawili się wyśmienicie.

Dnia dwudziestego piątego lipca, opalony i w doskonałej formie, towarzyszyłem ciotce i jej dziecięciu w drodze powrotnej do Londynu. O siódmej wieczorem, dwudziestego szóstego lipca, wylądowaliśmy na Victorii. Mniej więcej dwadzieścia po siódmej, natomiast, rozstaliśmy się z wyrazami wzajemnego szacunku - one odjechały samochodem ciotki Dalii do Brinkley Court, jej posiadłości w Worcestershire, gdzie spodziewały się odwiedzin Tuppy'ego za dzień lub dwa, a ja poturlałem się do swojego mieszkania, by zostawić bagaże, trochę się odświeżyć i przebrać się przed pójściem do Klubu Trutni na kolację.

I właśnie kiedy byłem już u siebie, dziarsko wycierając świeżo obmyty tors i gawędząc z Jeevesem o tym i owym - nadrabiając zaległości, jak to się zwykło mówić - Jeeves wspomniał o Guciu Fink-Nottle.

O ile dobrze pamiętam rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

JA: No, Jeeves, to jestem, nie?

JEEVES: Tak, sir.

JA: Mam na myśli, z powrotem w domu.

JEEVES: Zgadza się, sir.

JA: Wydaje się, że minęły całe lata odkąd wyjechałem.

JEEVES: Tak, sir.

JA: Dobrze się bawiłeś w Ascot?

JEEVES: Było bardzo przyjemnie, sir.

JA: Wygrałeś coś?

JEEVES: Satysfakcjonującą sumę, sir. Dziękuję.

JA: To dobrze. No a co nowego w hacjendzie? Ktoś dzwonił, albo przychodził, kiedy ja byłem weg?

JEEVES: Pan Fink-Nottle był częstym gościem, sir.

Wytrzeszczyłem oczy. Zaiste, nie będzie przesadą jeśli powiem, że rozdziawiłem również gębę.

- Pan Fink-Nottle?

- Tak, sir.

- Nie myślisz chyba o panu Fink-Nottle.

- Tak, sir.

- Ale pana Fink-Nottle nie ma w Londynie?

- Jest, sir.

- A niech mnie gęś kopnie.

I zaraz wam powiem dlaczego miała mnie kopnąć. Ledwo mogłem uwierzyć w to, co mówił Jeeves. Bo widzicie, ten cały Fink-Nottle to jeden z tych dziwaków, na których trafia się od czasu do czasu na ścieżce życia, i którzy wręcz nie znoszą Londynu. Ten gość przez okrągły rok siedzi obrośnięty mchem w jakiejś zapadłej wsi w Lincolnshire, nie wyściubiając z niej nosa nawet na czas meczów pomiędzy Eton i Harrow. A kiedy raz go zapytałem, czy przypadkiem trochę mu się czas nie dłuży, odpowiedział, że nie, bo w ogrodzie ma staw i studiuje zwyczaje traszek.

Nie mogłem sobie wyobrazić co też przygnało go do metropolii. Byłbym gotowy iść o zakład, że o ile zapas traszek nie uległby wyczerpaniu, żadna siła nie ruszyłaby go z tej jego dziury.

- Jesteś pewien?

- Tak, sir.

- Dobrze zrozumiałeś nazwisko? Fink-Nottle?

- Tak, sir.

- Nadzwyczajne. To już chyba z pięć lat od kiedy ostatni raz był w Londynie. Gucio nie kryje faktu, że to miasto działa mu na nerwy i do tej pory cały czas tkwił na wsi, całkowicie otoczony traszkami.

- Sir?

- Traszkami, Jeeves. Pan Fink-Nottle ma poważny kompleks na punkcie traszek. Musiałeś o nich słyszeć. To takie małe, jakby, jaszczurki, które zaiwaniają po stawach.

- A tak, sir. Wodni przedstawiciele rodziny Salamandridae.

- No właśnie. Gucio zawsze był ich niewolnikiem. Hodował je nawet kiedy byliśmy w szkole.

- Sądzę, że młodzi dżentelmeni często tak robią, sir.

- Trzymał je w swoim pokoju w czymś na kształt akwarium, które, jak sobie przypominam, dosyć śmierdziało. Przypuszczam, że należało już wtedy przewidzieć koniec, ale wiesz jacy są chłopcy. Beztroscy, nieostrożni, zajęci swoimi sprawami, rzadko kiedy myśleliśmy o tej perwersji Gucia. Mogliśmy czasem w rozmowach zauważyć jaki to różnorodny jest ten świat, ale nic ponad to. Dalszego ciągu możesz się domyślić. Problem się rozrósł.

- Doprawdy, sir?

- Absolutnie, Jeeves. Łaknienie Gucia było coraz większe - traszki już go dopadły. Jak tylko osiągnął wiek męski, zaszył się na wsi i poświęcił życie tym bezgłosym stworzokom. Pewnie mówił sobie, że w każdej chwili może je zostawić, a potem było już za późno kiedy zorientował się, że jest odwrotnie.

- Często tak się dzieje, sir.

- Święte słowa, Jeeves. W każdym razie przez ostatnie pięć lat mieszkał w tej swojej chatce w Lincolnshire, jak przystało na stroniącego od ludzi pustelnika, co drugi dzień zmieniał traszkom wodę w akwarium i odmawiał widzenia się z kimkolwiek. Dlatego byłem taki zdumiony, kiedy powiedziałeś, że właśnie teraz wychynął na powierzchnię. Nadal nie mogę w to uwierzyć. Skłaniam się ku twierdzeniu, że zaszła jakaś pomyłka i że ten ptaszek, który tak często tu przychodził to jakiś inny rodzaj Fink-Nottle'ów. Gość, którego ja znam, nosi okulary w rogowej oprawie i ma twarz jak ryba. Jak to się ma do twoich danych?

- Dżentelmen, który tu bywał miał okulary w rogowej oprawie, sir.

- I wyglądał jak coś na blacie w rybnym?

- Możliwe, że istniało pewne podobieństwo, sir.

- No to chyba musiał to być Gucio. Ale co u licha przyciągnęło go do Londynu?

- Mogę to wyjaśnić, sir. Pan Fink-Nottle zwierzył mi się z motywu swego przyjazdu do miasta. Przybył ponieważ młoda dama jest właśnie tutaj.

- Młoda dama?

- Tak, sir.

- Chyba nie chcesz powiedzieć, że się zakochał?

- Tak, sir.

- A to ci dopiero. No niech mnie diabli. Naprawdę, Jeeves, a niech no mnie diabli.

Mówiłem to najzupełniej poważnie, bo żarty żartami, ale są pewne granice.

Potem zacząłem myśleć o innym aspekcie całej tej dziwacznej sprawy. Przyjmując do wiadomości fakt, że Gucio Fink-Nottle, łamiąc wszelkie zasady, mógł się zakochać, postawiłem sobie pytanie dlaczego miałby tak regularnie nawiedzać moje mieszkanie? Bez wątpienia okoliczności były z gatunku tych, w których człowiek potrzebuje przyjaciela, ale nie rozumiałem co go zmusiło do wybrania właśnie mnie.

Wcale nie byliśmy jakoś szczególnie blisko z Guciem. Oczywiście swego czasu często się widywaliśmy, ale przez ostatnie dwa lata nie przysłał mi nawet pocztówki.

Powiedziałem to wszystko Jeevesowi.

- Dziwne, że przyszedł do mnie. Chociaż jeśli to zrobił, to widocznie zrobił. Bez dwóch zdań. To musiał być dla niego paskudny cios, kiedy dowiedział się, że mnie nie zastał.

- Nie, sir. Pan Fink-Nottle nie przyszdł zobaczyć się z panem.

- Weź się w garść, Jeeves. Przed chwilą powiedziałeś mi, że właśnie to zrobił i to na dodatek nie raz.

- Pan Fink-Nottle pragnął skontaktować się ze mną, sir.

- Z tobą? Nie wiedziałem, że go znasz.

- Nie miałem tej przyjemności, sir, dopóki tutaj nie przyszedł. Wygląda na to, że pan Sipperley, znajomy pana Fink-Nottle'a z czasów studenckich, poradził mu aby powierzył swoje sprawy mnie.

Zagadka się rozwiązała, zrozumiałem wszystko. Jak pewnie wiecie, Jeeves - w wąskim kręgu wtajemniczonych - już od dawna cieszy się reputacją doradcy od spraw wszelakich i pierwszą rzeczą, jaką robią moi znajomi, kiedy tylko znajdą się w różnego rodzaju opałach, jest przytoczenie się do mnie i złożenie sprawy w jego ręce. Kiedy Jeeves wydobędzie A z tarapatów, A poleca go B. Potem, gdy rozwiąże problemy B, B przysyła C i tak dalej i tym podobne, jeśli wiecie co mam na myśli.

Oto jak powstają te wielkie, takie jak Jeevesowa, praktyki doradcze. Wiedziałem, że stary Sippy był pod wielkim wrażeniem wysiłków podjętych przez Jeevesa, kiedy to mój druh próbował zaręczyć się z Elizabeth Moon, więc nie należało się dziwić, że poradził Guciowi, aby ten również się zgłosił. Czysto rutynowe postępowanie, można powiedzieć.

- Więc działasz w jego sprawie?

- Tak, sir.

- Teraz mam już pełen obraz. Już rozumiem. A jaki Gucio ma problem?

- Co ciekawe, sir, dokładnie taki sam jak pan Sipperley, kiedy prosił mnie o pomoc. Bez wątpienia przypomina pan sobie, że pan Sipperley był głęboko przywiązany do panny Moon i cierpiał z powodu wrodzonej nieśmiałości, która uniemożliwiała mu wyznanie tego młodej damie.

Kiwnąłem głową.

- Pamiętam. Tak, przypominam sobie sprawę Sipperleya. Nie mógł zdobyć się na ostateczny krok. Miał zauważalnego pietra, czyż nie? Powiedziałeś wtedy, że pozwalał - co to było? - pozwalał, aby coś zostało czymś. Koty też tam były, o ile się nie mylę.

- Pozwalał, aby "nie śmiem" sługą zostało "tak pragnę", sir.

- Właśnie. A co z kotami?

- Jak ów kot biedny w przysłowiu, sir.

- No jasne. Pojęcia nie mam jak ty wymyślasz te wszystkie rzeczy. I mówisz, że Gucio jest w takiej samej sytuacji?

- Tak, sir. Za każdym razem, gdy próbuje się oświadczyć, odwaga go zawodzi.

- A przecież jeśli chce, żeby owo dziewczę zostało jego żoną, musi coś powiedzieć, nie? Nawet zwykła uprzejmość nakazywałaby o tym wspomnieć.

- Zgadza się, sir.

Zamyśliłem się.

- No cóż, przypuszczam, że było to nieuniknione, Jeeves. Nie przyszłoby mi do głowy, że Fink-Nottle padnie ofiarą uczucia, ale jeśli tak się stało to nic dziwnego, że idzie mu jak po grudzie.

- Tak, sir.

- Tylko popatrz na życie, jakie wiódł do tej pory.

- Tak, sir.

- Chyba od kilku lat nie gadał z żadną dziewczyną. Oto lekcja dla nas wszystkich, Jeeves, że nie należy zamykać się w wiejskich domkach i gapić w akwaria. Nie można być dominującym samcem jeśli robi się takie rzeczy. W tym życiu można wybrać tylko jedno z dwojga: albo człowiek zamknie się w wiejskiej chałupie z akwarium, albo będzie oczarowywał płeć piękną. Nie da się zrobić i jednego i drugiego.

- Nie, sir.

Zamyśliłem się ponownie. Jak już wspomniałem, Gucio i ja trochę straciliśmy kontakt, ale mimo to byłem zatroskany o biednego gościa, tak samo jak o wszystkich moich kolegów - bliższych i dalszych - którzy mają nieszczęście stąpać po bananowych skórkach podkładanych przez życie. Wydawało mi się, że Gucio zaraz na jedną nadepnie.

Sięgnąłem myślą wstecz do czasów, kiedy widziałem go po raz ostatni. Było to jakieś dwa lata temu. Zajrzałem do niego przy okazji wycieczki samochodem, a Gucio natychmiast odebrał mi apetyt kładąc na stół, przy którym mieliśmy zjeść lunch, parę zielonych stworków i gruchając nad nimi jak świeżo upieczona matka, by potem w końcu zgubić jednego z nich w sałacie. Muszę powiedzieć, że ten widziany oczyma duszy obraz nie napawał mnie wiarą w to, że Gucio będzie zdolny uwodzić i zdobywać. Szczególnie jeśli dziewczyna, którą sobie upatrzył była (a pewnie była) z gatunku tych szorstkich, nowoczesnych twardzielek: usta pokryte szminką, a w oczach chłodne, sardoniczne błyski.

- Powiedz mi, Jeeves - odezwałem się, chcąc już poznać to, co w tym wszystkim najgorsze - co to za dziewczyna, ta wybranka Gucia?

- Nie poznałem osobiście młodej damy, sir. Pan Fink-Nottle wysoko sobie ceni jej zalety.

- Wygląda na to, że lubi ją, co?

- Tak, sir.

- Wspominał jak się nazywa? Może ją znam.

- To panna Bassett, sir. Panna Madelina Bassett.

- Co?

- Tak, sir.

Byłem mocno zaintrygowany.

- Przebóg, Jeeves! Tylko wyobraź sobie. Mały jest ten świat, co nie?

- Czy młoda dama jest pańską znajomą, sir?

- Znam ją bardzo dobrze. Twoje wieści uspokoiły mnie, Jeeves. Wygląda na to, że jednak da się coś z tym wszystkim zrobić.

- Doprawdy, sir?

- Oczywiście. Wyznam ci, że dopóki nie podzieliłeś się ze mną tą informacją, miałem poważne wątpliwości co do Guciowych szans na przekonanie jakiejkolwiek starej panny, by powędrowała z nim ku ołtarzowi. Przyznasz, że Gucio nie jest cudem świata.

- Zaiste, może pan mieć rację, sir.

- Kleopatrze by się nie spodobał.

- Prawdopodobnie nie, sir.

- I pewnie nie miałby powodzenia u Talluli Bankhead.

- Nie, sir.

- Ale kiedy mówisz mi, że obiektem jego westchnień jest panna Bassett, światełko nadziei zaczyna się tlić. Gucio jest właśnie takim facetem, którego dziewczyna jak Madelina Bassett może chapnąć z przyjemnością.

Muszę wyjaśnić, że rzeczona panna Bassett była razem z nami w Cannes i odkąd ona i Angela zawarły - jak to jest w zwyczaju dziewcząt - jedną z tych żywych, radosnych przyjaźni, widywałem ją dosyć często. W rzeczy samej, w co czarniejszych chwilach wydawało mi się, że nie mogę się ruszyć żeby nie potknąć się o tę dziewczynę.

Rzeczą, która czyniła całą sytuację jeszcze bardziej przykrą i bolesną było to, że im częściej się spotykaliśmy, tym jakby mniej miałem jej do powiedzenia.

Wiecie jak to jest z niektórymi dziewczynami. Czujecie się jak trusia. Mówię o tym, że takie dziewczyny mają w sobie coś, co paraliżuje struny głosowe i zamienia mózg w kalafior. Tak właśnie było z panną Bassett i mną; do tego stopnia, że czasem przez kilka minut można było oglądać jak Bertram Wooster bawi się krawatem, przebiera nogami i pod wszystkimi innymi względami zachowuje się w jej obecności jak kołek. Kiedy zatem wyjechała z Cannes jakieś dwa tygodnie przed nami, możecie sobie wyobrazić, że w opinii Bertrama, był na to już najwyższy czas.





Fragment "Makbeta" Willama Shakespeara w przekł. Macieja Słomczyńskiego.

Profile

przekladaniec: (Default)
Przekładaniec

Style Credit

Expand Cut Tags

No cut tags
Page generated Aug. 19th, 2017 01:41 pm
Powered by Dreamwidth Studios